Rada Miasta Płocka zadecydowała o nadaniu Godności Honorowego Obywatela Miasta Płocka panu Tadeuszowi Mazowieckiemu. Na nadzwyczajnej czerwcowej sesji w imieniu płockich władz dyplom Honorowego Obywatela odczytali i wręczyli Przewodnicząca Rady Miasta Płocka Elżbieta Gapińska i Prezydent Płocka Andrzej Nowakowski. Stosowną uchwałę płoccy radni podjęli jednogłośnie. Tadeusz Mazowiecki urodził się w Płocku, jest absolwentem Małachowianki i pierwszym niekomunistycznym premierem III Rzeczpospolitej.

tm

Przemówienie Tadeusza Mazowieckiego:

„Wysoka Rado! Szanowna Pani Przewodnicząca! Panie Prezydencie Miasta Płocka! Dostojni, Czcigodni Goście!

Składam serdeczne podziękowanie za wyróżnienie mnie tytułem Honorowego Obywatela Miasta Płocka. Dziękuję Panu Prezydentowi Miasta Płocka za podjęcie inicjatywy w tej sprawie, a Wysokiej Radzie Miasta, wszystkim jej członkom, na ręce Pani Przewodniczącej za jej, jak się dowiedziałem, jednogłośnie uchwalenie. Poczytuję to sobie za wielki dla mnie dar. Nie mam jakichś szczególnych zasług dla miasta, z którego się wywodzę. Mogę tylko powiedzieć, że gdy mnie historia postawiła w miejscu, w którym się odpowiada za kraj, wszystko co starałem się robić dla Polski, było także dla Płocka.

Jestem zresztą z urodzenia obywatelem Płocka. Obejrzałem kiedyś oryginalny wpis w księgach metrykalnych parafii farnej z mego chrztu. Jak pamiętam zaczynał on się tak: Stawił się osobiście mi znany doktor Bronisław Mazowiecki i okazał dziecię płci męskiej. To dziecię, trzecie moich rodziców, to byłem ja. Moja rodzina od dawna była związana z Mazowszem i Płockiem. Ojciec, który był zawsze dla mnie wzorem postępowania, był lekarzem. Przez pewien czas lekarzem powiatowym, później po przejściu na emeryturę udzielał się w szpitalu płockim. Był też społecznikiem. Założył ogródek jordanowski oraz stację opieki nad matką i dzieckiem zwaną Kroplą Mleka. To były na owe czasy ważne inicjatywy kształtowania się medycyny społecznej. Kiedy w 1938 roku umarł, pamiętam jego pogrzeb, który zgromadził ogromną rzeszę płocczan, żegnał go wybitny płocczanin, założyciel Płockiego Towarzystwa Naukowego doktor Aleksander Maciesza. Miałem wtedy 11 lat i odczułem to bardzo boleśnie. Odtąd skończyło się moje dzieciństwo. Dzieciństwo, w którym było wiele radości i w szkole i na płockich placach, czy podwórkach i na wakacjach w rodzinnym Umieninie lub u moich wujostwa w wiejskich, ziemiańskich dworach.

Potem przyszła wojna i okupacja, pełna grozy miasta włączanego do Rzeszy. Nie zapomnę nigdy strasznego momentu bezsilności, kiedy z okien szpitala św. Trójcy, w którym przez pewien czas pracowałem jako goniec, patrzyłem na exodus ludności żydowskiej, wyprowadzanej pod eskortą esesmanów. Dokąd? Nie wiedzieliśmy. Kobiety miały na rękach płaczące małe dzieci. My nie mogliśmy im nawet podać chleba. Wcześniej, nim to się stało, zniknęli z moich oczu żydowscy koledzy i koleżanki z klasy, a przyjaciele mojej starszej siostry, jak mecenas Kazimierz Askanas, po wojnie długoletni Prezes Płockiego Towarzystwa Naukowego, przyszedł jeszcze by się pożegnać, nim uciekł do Generalnej Guberni, chcąc się ukryć.

Dziś myślę, że ten ślad licznej obecności żydowskiej powinien być jakoś przywracany pamięci na Mazowszu, jak to w lubelskim zainicjował zmarły niedawno Arcybiskup Życiński. Pamiętam też szok, jakiego doznaliśmy, gdy nad katedralną dzwonnicą i Pałacem Biskupim zobaczyliśmy czarne flagi SS, a biskupów: Nowowiejskiego i Wetmańskiego wywieziono do Słupna. Zdołałem jeszcze tam właśnie być potajemnie bierzmowany, zanim wywieziono ich i zamordowano w Działdowie.

Publiczne stracenie 13 więźniów, członków konspiracyjnej walki, obserwowałem z okien mieszkania, do którego nas przesiedlono na ul. Szerokiej, czyli Kwiatka. Bezsilny, spędzony tłum ludzi i oni przywiezieni w budach. W ostatniej chwili zdołali wykrzyknąć: „Niech żyje Polska!”. Patrzyłem na tą śmierć i na wywiezienie ich zwłok, celowo na brudnych furmankach od gnoju. Po wojnie wraz z grupą kolegów zainicjowaliśmy pierwsze upamiętnienie tego miejsca. To są ślady niezatarte w pamięci, których się nie zapomina.

Mój starszy o półtora roku brat prowadził, jak się później dowiedziałem, nasłuch konspiracyjny, nasłuch radiowy. Pod koniec okupacji czując, że stąpają mu po piętach, znikł z Płocka, ale niebawem został aresztowany i wywieziony do Stutthofu. Po wojnie moja matka przez długie tygodnie wyglądała jego powrotu bezskutecznie. Nie wiemy, czy został zabity, czy zginął z wycieńczenia podczas ewakuacji obozu. Gdy życie po wojnie zaczęło się odradzać, wróciłem do szkoły do III klasy gimnazjum zaliczając dwa lata konspiracyjnych kompletów, tym razem do Małachowianki. Z tym okresem wiąże się najbardziej piękny i owocny dla mnie okres, nie tylko przyspieszonej edukacji, lecz i wielu przyjaźni, które przetrwały długo. Byliśmy wtedy w Małachowiance pokoleniem uczniów już dorosłych. Spotkaliśmy wspaniałego człowieka, jakim był dyrektor Tadeusz Synoradzki, który potrafił nas traktować partnersko, a także innych doskonałych pedagogów. I mimo, że nasza przyspieszona nauka musiała siłą rzeczy pozostawiać luki i niedobory, naddatek tego szczególnego klimatu był bardzo cenny. Spontanicznie stawiałem wtedy pierwsze kroki w samorządzie szkolnym, który wówczas nosił nazwę Gminy Szkolnej. Pamiętam, że napisałem jej statut i byłem bardzo zadowolony z tego, że zawierał aż 70 artykułów, ale mój nauczyciel historii prof. Dobaczewski powiedział mi na to zwięźle: wiedz, że prawo im krótsze, tym lepsze.

W tym samym czasie ukształtowała się także nasza węższa grupa koleżeńska, którą nazywaliśmy naszą paczką. Z tej paczki żyje dziś dwóch kolegów – Zdzisław Kurek, ekonomista mieszkający w Białymstoku i Zbigniew Kłopotowski, architekt mieszkający w Szwajcarii. Duszą i sercem tej grupy była przede wszystkim Krystyna Kuleszanka, która wróciła z obozu w Ravensbrück. Była z nas najbardziej mądra i oczytana. Wprowadziła mnie szeroko w światową literaturę, gdy została moją pierwszą żoną. Była człowiekiem otwartym, życzliwym światu i pomocnym ludziom, człowiekiem dzielnym, pięknym i mądrym, jakich się rzadko spotyka na swej drodze. Niestety gruźlica stanowiła wtedy chorobę nieuleczalną i po roku naszego małżeństwa zmarła.

Wówczas, gdy skończyliśmy Małachowiankę, poszliśmy w różne strony na studia, ale założyliśmy Studenckie Koło Płocczan. Po roku musiało ono jednak zaprzestać działalności. Ówczesne władze nie chciały go zarejestrować. Zaczynał, choć jeszcze powoli, toczyć się walec ujednolicania wszystkiego. Rozeszliśmy się więc w różne strony. Przyjeżdżałem tu do mojej matki, której życie nie oszczędzało, była dla nas wszystkich bardzo dobra, zmarła w 1953 roku, a później przyjeżdżałem do siostry, która była wieloletnią nauczycielką francuskiego w Liceum Małachowskiego. Między nami była duża różnica wieku. Musiała być niezłą nauczycielką, skoro do dziś spotykają mnie osoby pamiętające o niej. Była nauczycielką z powołania i zamiłowania. Sądzę, że Płockowi dobrze się zasłużyła. Kiedy ja sam dziś patrzę na to, co wyniosłem z Płocka, układa mi się to w trzy współgrające ze sobą zespoły wartości.

O pierwszym stanowią te z trudem podatne na określenie fluidy tego miasta, które wchodzą w człowieka i zostają w nim trwale. Najlepiej można by o nich powiedzieć, że są to fluidy historyczne. Kontakt ze starymi domami,
ze starymi murami, z grobami królów w katedrze, ze starą Małachowianką, a także z dostojną ciszą sal biblioteki Zielińskich w Płockim Towarzystwie Naukowym, ze starymi kościołami u Reformatów, czy na Górkach. Te fluidy wchodzą w człowieka, kształtują jego umiłowanie historii, związek z miastem, z małą i dużą ojczyzną. Przywiązanie do małych ojczyzn nie jest tylko dodatkiem do przywiązania do wielkich ojczyzn. Jest samo w sobie
wartością. Ono nas kształtuje i nierzadko ludzie się w nim spełniają. Oczywiście to przywiązanie do małych ojczyzn, tak cenne, też różne może mieć oblicze. Może rodzić kompleks prowincjonalny i może
prowadzić poprzez umiłowanie tego co bliskie, co do nas bezpośrednio przemawia, do uczestnictwa w wielkiej, ludzkiej kulturze.

Drugi zespół wartości dotyczy mojej wiary. Ukształtował ją we mnie dom rodzinny, ale i Płock, jego duszpasterze ks. Roman Fronczak, czy ks. Lech Grabowski, a także przyjaciel mego ojca Wicerektor Seminarium, biblista ks. Tadeusz
Dublewski. Co prawda, gdy ojciec odwiedzając go w seminarium prowadził z nim poważne rozmowy, my z bratem zjadaliśmy wspaniałe ciastka z daleka tylko patrząc na to, jak można mieć tak wielką bibliotekę, że zajmuje wszystkie ściany. Ks. Wróblewski zginął ostatniego dnia wojny. Te ojca przyjaźnie to była jego działalność w ówczesnym laikacie katolickim. Był Prezesem Ogniska Myśli Katolickiej. Wyniosłem więc wiarę z domu, ale
już tu w Płocku spotykała się ona z innością. To byli mariawici, Kościół Mariawicki. Panowała wtedy daleko idąca izolacja. Dziś na szczęście mamy ekumenizm i tamta niedobra izolacja została przezwyciężona. Z innością
światopoglądową, a zwłaszcza antyklerykalną, spotykałem się już później, gdy jako dorosły musiałem weryfikować swój światopogląd i wiarę.

To było już w ostatnim roku w Małachowiance i po niej. Marksizm był wtedy w intelektualnej ofensywie. Nie mogła nie zastanawiać jego społeczna analiza i jego światopoglądowe uzasadnienia. Przygotowywał do intelektualnej
konfrontacji. W Płocku zacząłem czytać pierwsze numery Tygodnika Powszechnego z artykułami ks. Piwowarczyka i ks. Kłusaka, ale klimat różnorodności w Małachowiance i na progu studiów przygotowywał również do rozumienia
innych i do dialogu. Z czasem więc moja wiara z tradycyjnej stała się dialogową, dialogową sama z sobą i z innymi. Trzeci wreszcie zespół wartości, który stąd wyniosłem, dotyczy zaangażowań społecznych wyniesionych z Gminy Szkolnej Małachowianki, które potem przerodziły się w zaangażowanie polityczne. Pierwsze moje zaangażowanie polityczne też nastąpiło w Płocku, gdy po maturze wraz z Krystyną Kuleszanką wstąpiliśmy do Stronnictwa Pracy Karola Popiela, który podobnie jak Stanisław Mikołajczyk wrócił z emigracji. Mieliśmy organizować koło w Płocku, ale już po kilku miesiącach Stronnictwo Pracy zostało przez PPR rozbite. Mówię jednak przede wszystkim o tym źródle
zaangażowania, które sięga Małachowianki nie po to, by czynić ją odpowiedzialną za cokolwiek na mojej drodze politycznej. Mówię o tym dlatego, że taka szkoła społecznej inicjacji jest ważna. Ona kształtuje człowieka, jego poczucie wspólnoty, jego zainteresowania, odkrywa znaczenie życia publicznego, rodzi w nim świadomego obywatela.

 

Szanowni Państwo! Wysoka Rado!
Sądzę, że taka uroczystość jak dzisiejsza jest nie tylko świętem obdarowanego tym zaszczytem, ale i troszkę świętem samego miasta, chwilą refleksji. Nie mam wystarczającego rozeznania problemów i potrzeb Płocka, zarówno tych
materialnych, jak i duchowych, więc sformułuję tylko kilka uwag o charakterze życzeń.

Pierwsze – zawsze niepokoję się o płocką skarpę. Zapewne wiele już zrobiono i wiele się czyni, aby niebezpieczeństwo jej osuwania oddalić. Nie wyobrażam sobie Płocka bez spacerów Za Tumem. Ta skarpa nie
tylko kształtuje krajobraz, widok Płocka, ona też wytwarza te fluidy, o których przedtem mówiłem. Jest bezcenna, więc życzę, by o tym ani na chwilę nie zapomniano.

Drugie – co roku podczas nawiedzających nas coraz gwałtowniej powodzi słyszę o Borowiczkach i Radziwiu jako o miejscach ciągle zagrożonych. Dobrze by było wreszcie to zagrożenie trwale pokonać.

Po trzecie – Płock był zawsze miastem młodzieży. Od tamtego mojego czasu zyskał wyższe uczelnie. W Polsce dziś nie tyle ilość, co jakość szkół wyższych jest problemem. Życzę więc, aby ten szkolny i naukowy Płock, Płock z Towarzystwem Naukowym, Wyższym Seminarium Duchownym, Politechniką, zdobywał coraz lepszą jakość nauczania i aby umiał cenić stawianie na jakość. I życzę, aby Małachowianka zawsze stanowiła markę. Wiem też, że życie kulturalne jest w Płocku żywe. Ogromnie bym się cieszył, gdyby Płock w dziedzinie kultury miał także imprezy, czy imprezę, o wymiarze i randze ogólnopolskiej. Taka ambicja Płockowi przystoi i jest do pomyślenia i zrealizowania.

Szanowni Państwo! Wysoka Rado!
Raz jeszcze dziękuję za wasz dar Honorowego Obywatelstwa i życzę samorządowi miasta mądrych, rozwojowych inicjatyw i dbałości o stare dziedzictwo. Wszystkich mieszkańców Płocka serdecznie pozdrawiam.”